Po zakrapianym wieczorze z
Huncwotami pobudka o siódmej rano jawiła się Amelii niczym najgorsza katorga.
Ostatkiem sił wyczołgała się z łóżka
i machnięciem różdżki wydobyła z szafy jedną z czystych, urzędniczych szat.
Ubrała się pospiesznie, podkręciła zaklęciem rzęsy, a gęste, ciemne włosy
zwinęła w ciasny kok tuż nad karkiem. Z mieszkania wybiegła kilka minut przed
ósmą o łyku kawy i dwóch kęsach znalezionej w lodówce kanapki.
Dzień w Ministerstwie Magii dłużył
się jej niesamowicie, w dodatku czuła się wyjątkowo roztargniona i niewydajna.
W duchu dziękowała losowi, że Ogden wyjechał, bo jej praca nie przyniosła
dzisiaj żadnych efektów. Przez cały poranek studiowała zaklęcia rzucone przez
Syriusza, doskonale rozpoznając każdą akcję Zakonu. Nikt o zdrowych zmysłach
nagle wieczorem nie wpadłby na pomysł użycia dziesięciu Drętwot, kilku Protego, Expelliarmusa, Impedimento, Diffindo i
jeszcze paru innych, typowo pojedynkowych zaklęć. Nie mogła ich zataić, bo
Crouch posiadał identyczną kopię w swoim gabinecie.
Zrezygnowana, postanowiła wrócić
wcześniej do mieszkania.
Otworzywszy drzwi, w policzki
chlasnęła ją gęsta, cuchnąca chmara seledynowego dymu. Zdjęła ją zaklęciem,
zamachała dłońmi nad twarzą i zmrużyła piekące powieki, by wyostrzyć nieco
zmysły. Syriusz stał swobodnie pośrodku kuchni i mieszał w najlepsze w największym
kociołku, jaki kiedykolwiek dane było jej ujrzeć na oczy.
— Coś dziś wcześnie wróciłaś! —
zawołał na powitanie.
— Co tu się...? Czy to jest eliksir
wielosokowy? — zapytała, z niedowierzaniem wpatrując się w ogromny, mosiężny
kociołek, z którego co jakiś czas buchały kłęby oparów. Patrząc po rozmiarach
naczynia, musiał być to największy dostępny rozmiar ze sklepu Madame Potage.
— Uprzedzałem rano, że będę go
robił. — Uśmiechnął się niewinnie i zamieszał chochlą w wywarze. Amelia
ściągnęła usta, zastanawiając się, pomiędzy którym z dwóch łyków kawy, które
zdążyła rano upić, Syriusz wspomniał jej o eliksirze. — Nie masz żadnych
sąsiadów, prawda?
— Na tym piętrze nie. Po co ci tego
aż tyle? — Podeszła do blatu i nabrała lekko powietrza. Gryząca, kapuściana woń
mieszanki niemal ścięła ją z nóg.
— Dumbledore mnie poprosił.
Powiedział, że przyda się też Zakonowi.
Amelia wycelowała koniec różdżki w
kuchenny okap i bez słowa transmutowała go w potężną, szklaną banię zasysającą
opary. Wąski syfon podjął pracę natychmiast. Skutecznie wyłapał zawisłe pod
sufitem serpentyny dymu i wirowym ruchem wciągnął je do środka, doprowadzając
jej kuchnię do stanu, w którym możliwe było ścierpieć w niej dłużej niż
piętnaście sekund.
— Niezłe znasz zaklęcia — pochwalił
ją, wpatrując się w syczącą nad jego głową banię. — Może chcesz mi z tym pomóc?
— Wskazał na piętrzący się na blacie bałagan. — Zdążyłem dodać dopiero połowę
składników.
— O nie, odpadam — odmówiła
naprędce, po czym obróciła się w kierunku sypialni z zamiarem szybkiej przebieżki
do drzwi. Plan w postaci zabunkrowania się w czterech ścianach pokoju aż do
jutrzejszego poranka wydał się jej nagle opcją niezwykle kuszącą. — Jestem
wykończona.
— Jedna mała pomoc. — Spojrzał na
nią błagalnie wzrokiem małego szczeniaczka, a Amelia zaklęła w duchu, bo małym
szczeniaczkom nigdy, przenigdy nie potrafiłaby odmówić. — Potrzebuję tylko,
żebyś skroiła mi ślaz, bo czas mnie goni i muszę się już zająć muchami
siatkoskrzydłymi.
Zerknęła spod przymrużonych powiek
na powierzchnię kuchenki. Faktycznie, z małego, żeliwnego kociołka z muchami
ulatniał się już dym — z każdą sekundą coraz bardziej zwarty, smolisty i
prószący obficie okruchami sadzy na obwodzie palnika. Dotąd ledwie wyczuwalny
zapach spalenizny przybrał na intensywności.
— Dobrze, ale tylko tyle — zgodziła
się niechętnie, uznając, że lepszy korzeń ślazu niż powtórka kapuścianego
fetoru, która wiązałaby się z koniecznością uwarzenia tego eliksiru od
początku.
Amelia przywołała z półki swój
egzemplarz Eliksirów dla zaawansowanych
i chwyciła za nożyk i deskę. Do pracy zabrała się z myślą, że nie będzie to dla
niej zbyt skomplikowana czynność. Magiczny ślaz nie zaliczał się do najbardziej
współpracujących roślin na świecie, zwłaszcza że już po płytkim nacięciu z
liści uchodziła niemal cała objętość śluzu, którego utrata niekiedy przesądzała
o efektywności sporządzanej mikstury. Ostatecznie jednak zbagatelizowała ten
problem w głowie. W końcu wszystkie szkolne lata spędzone na intensywnej nauce
zielarstwa z pewnością ją czegoś nauczyły, prawda?
Nie mogła się bardziej pomylić. Po
kilku minutach była absolutnie wykończona ujarzmianiem paskudnie oślizgłego
zielska i w duchu pomstowała swój brak zdolności do eliksirów. Miała ogromną
nadzieję, że Syriusz — na ten moment w całości pochłonięty pastwieniem się nad
pancerzykami much siatkoskrzydłych — nie zauważył jej nieporadności i utraty
rezonu.
— Ten korzeń musisz naciąć wzdłuż,
wywrócić na drugą stronę i nie skroić, tylko poszatkować. I używasz złego noża
— pouczył ją, ani na sekundę nie odrywając oczu od moździerza z muchami. — Masz
stare wydanie Eliksirów, ale chyba
wiesz, że tam jest masa błędów?
— Mogłeś mi od razu powiedzieć —
chrząknęła, odbierając od niego nieco ostrzejszy, szpiczasto zakończony nożyk z
cieniutkiej blachy. — Nigdy nie byłam dobra z eliksirów.
— Jak to? Podmienił cię ktoś, czy
co? — Syriusz odłożył moździerz na blat i utkwił w niej zaskoczone spojrzenie.
— Należałaś do Klubu Ślimaka, na SUM-ach miałaś same Wybitne i chcesz mi
powiedzieć, że nie radzisz sobie z eliksirami?
— Należałam do Klubu Ślimaka, bo
moja rodzina jest dość szanowana w kręgach Ministerstwa — wyjaśniła z
przekąsem. — A na SUM-ach z eliksirów miałam Powyżej Oczekiwań, który
zawdzięczam intensywnemu kursowi z Lily. Sama nauczyłabym się co najwyżej na
Nędzny.
— Coś takiego — zdziwił się, dodając
całą zawartość moździerza do kociołka. Czarny jak smoła dym zjaśniał do
klarownej popieli, gryzący zapach spalenizny złagodniał. — Slughorn raczej cię
chwalił na lekcjach.
— Syriuszu, ja do końca trzeciej
klasy miałam ten Nędzny — parsknęła śmiechem. — Swój pierwszy Zadowalający
dostałam dopiero wtedy, gdy profesor Sprout ułożyła plan, w którym Puchoni
odbywali zajęcia z Gryfonami. Oczywiście, tajemnicą mojego miksturowego
geniuszu był nie kto inny, jak...
— ...Lily Evans — dokończył za nią i
roześmiał się wesoło. — No tak. Na eliksirach zawsze siedziałyście razem.
Amelia zwróciła uwagę, że Syriusz
miał naprawdę ładny śmiech — wdzięczny i perlisty, w pierwszym brzmieniu
uderzający nieco w szczekające tony, ale takie, które wynikały jedynie z
energicznych wybuchów niczym niepowstrzymywanej radości. Do tej pory szczekanie
kojarzyło jej się z ostrzeżeniami typu „nie zbliżaj się!" tudzież groźbą
ataku, jeżeli przedmiot uwagi psa poczyniłby choćby pół kroku w głąb obcego
terenu. Teraz jednak zupełnie nie utożsamiała się z podobnymi odczuciami.
Do głowy przychodziło jej tylko
jedno spostrzeżenie — Syriusz śmiał się jak mały szczeniaczek. I pomyśleć, że
miała przed sobą całkiem dorosłego mężczyznę. Wyglądającego o wiele dojrzalej,
niż wskazywałby na to jego wiek, w dodatku niemal stopę od niej wyższego. Jej
okrągła buzia o miękkich rysach i płytkie dołeczki przy kącikach ust wypadały
naprawdę blado na tle jego smukłej, poważnej twarzy o mocno zarysowanych
szczękach.
— A to dopiero. A myśmy naprawdę
myśleli, że jesteś świetna ze wszystkiego.
— Bo nie mieliście ze mną eliksirów
przez pierwsze lata. — Zapomniawszy na chwilę o ślazie, który, nieskrojony,
wciąż leżał na desce, wsparła dłonie o krawędź blatu. — Kiedy tylko zostałam
Prefektem, osobiście podsuwałam Sprout plan zajęć, który w każdym semestrze
ustawiałam na eliksiry Puchonów z Gryfonami. Dzięki temu Lily zawsze była w pobliżu.
— Spryciula z ciebie — parsknął,
sięgając po nożyk, który przed momentem odłożyła na bok. — Daj ten korzeń,
nauczę cię, jak zrobić eliksir wielosokowy.
Nim zdążyła odpowiedzieć, Syriusz
zaszedł ją od tyłu i chwycił mocno za prawą dłoń. Na krótki moment przestała
panować nad ciałem, wobec czego zastygła nieruchomo ze wstrzymanym oddechem. To
chyba było zbyt wiele bodźców jak na jej przytępione zmysły -- zdecydowanie
więcej, niż potrafiła udźwignąć, bo równocześnie w plecy musnęła ją jego pierś,
w czoło załaskotały pasma szorstkich, czarnych włosów i mało brakowało, a
czubek jej głowy stałby się osobistą podpórką na jego brodę.
Kilkoma gładkimi ruchami sterowanymi
jej ręką Łapa naciął, wywrócił i poszatkował ślaz. Obróciła się delikatnie
przez ramię i zerknęła nieśmiało na jego twarz. On jednak nie wyglądał na
specjalnie poruszonego tą sceną. Wręcz przeciwnie, jego gesty były tak
naturalne i pozbawione emocji, jakby to była dla niego najzwyklejsza czynność
na świecie.
— Zdradź mi jeszcze jakąś puchońską
tajemnicę geniuszu Amelii Bones — odezwał się, gdy tylko cofnął dłonie. — I
powtórz tę czynność z korzeniem, którą za ciebie zrobiłem.
Jasny Merlinie. Nie zarejestrowała
dokładnie, jak on to zrobił, bo przez ostatnie dwie minuty zajęta była
wyłącznie myślą o dziwnie krępującej sytuacji, w której postawił ją Syriusz
Black, krojąc jej rękami cholerny korzeń jakiegoś zielska.
Naciąć,
wywrócić i poszatkować.
— Całkiem nieźle — pochwalił ją,
ignorując fakt, że pęd ślazu co najmniej kilka razy wyślizgnął się jej z dłoni.
— Swoją drogą, z zielarstwa też
byłam okropna — rzuciła, szczerze licząc, że Łapa nie zwrócił uwagi na jej
wcześniejszy moment zakłopotania. — Na szczęście moja przygoda z tym
przedmiotem skończyła się tuż po SUM-ach.
— Pamiętam twoje przygody z zielarstwem
z bodajże... Pierwszego albo drugiego roku? Szkoda, że tylko z opowieści. —
Przesunąwszy się w bok, spojrzał na nią z wyraźnym rozbawieniem. — Potem chyba
Remus ci pomagał i legendarne historie o tym, co Amelia Bones zrobiła dziś na
zielarstwie, ucichły.
— Były takie historie? — jęknęła, w
ostatniej chwili powstrzymując się przed schowaniem twarzy w dłoniach. —
Cudnie. Jeszcze powiedz, że byłam pośmiewiskiem Hogwartu, nawet o tym nie
wiedząc.
A mogłaby przysiąc, że nikt oprócz
Puchonów i absolutnie niezainteresowanych plotkami Krukonów nie wiedział o jej
poczynaniach.
— Aż tak źle nie było — pocieszył
ją, choć uśmiech, jakim promieniała jego twarz, nie wyglądał nazbyt wiarygodnie
w zestawieniu ze słowami, które wypowiedział. — Może kilka takich historii
obiegło szkołę. Zresztą od zawsze pierwszo- i drugoroczniacy są mistrzami
wpadek, więc nie tylko o tobie było słychać.
— A ty, to niby co — parsknęła. —
Huncwot jakich mało. Jeden szlaban poganiał następny, Filch nie wyrabiał z
zakładaniem kartotek. W ciągu tygodnia byliście w stanie zrujnować wszystkie
marzenia McGonagall o Pucharze Domów.
— Wspaniałe czasy — westchnął z
rozmarzoną miną. — Bones, a pamiętasz, jak zawarliśmy przymierze przed SUM-ami
z zaklęć?
Jak mogłaby zapomnieć. Hogwart aż
huczał od plotek, że umawia się z popularnym, szkolnym przystojniakiem, a
Marlena McKinnon wraz z arsenałem koleżanek posyłały jej lawiny nieprzychylnych
spojrzeń i szeptały zawzięcie, gdy tylko pojawiła się gdziekolwiek w jego
towarzystwie.
— Jakich to wtedy niezbędnych na
SUM-y zaklęć mnie nauczyłeś? — wpadła w udawaną zadumę. — Zaklęcie trwałego
przylepca, Jęzlep, Upiorogacek...
— Wszystkie bardzo przydatne. —
Uniósł obronnie ręce i wyszczerzył do niej zęby.
Nie mówiąc nic więcej, Amelia
powróciła do nacinania korzeni i pędów ślazu.
Nie mogła odpędzić się od natłoku
myśli dotyczących jej relacji z Syriuszem w Hogwarcie. Do końca szkoły miała mu
za złe, że dała się wciągnąć w przyjaźń podszytą korzyścią w postaci Wybitnego
na egzaminie. Wspominanie tych czasów było dla niej potwornie żenujące, ale
musiała przyznać sama przed sobą, że trochę się w nim wtedy zadurzyła.
Oczywiście, Black po zdaniu SUM-ów na ten sam stopień tak po prostu urwał
znajomość. Ich sojusz magicznie się rozpadł. Powrócili do starych relacji polegających
na mówieniu sobie „cześć" na korytarzu i sporadycznych wymian zdań na
temat kolejności wypożyczania książek z biblioteki.
Od szóstego roku utrzymywała sporą
rezerwę w kontaktach z Syriuszem — i z wzajemnością, bo najwyraźniej ten stan
rzeczy odpowiadał mu równie bardzo, co jej. Teraz jednak Amelia dochodziła do
wniosku, że jego przyjazne zachowanie także mogło wynikać z pewnych korzyści,
które zyskiwał na dobrych stosunkach z nią. Jej mieszkanie nie było śledzone
przez Ministerstwo, wobec czego odnowienie starej „przyjaźni" zwyczajnie
mu się opłacało.
— Co tak zamilkłaś? — zapytał ją po
dłuższej chwili. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że skroiła już cały ślaz i
teraz tylko stała nieruchomo, z zadumą kontemplując wygląd leżącej przed nią
deski.
Potrząsnęła szybko głową.
— Co robiłeś po Hogwarcie? —
zmieniła temat. — Wiem już, że byłeś łamaczem zaklęć. Robi się na to kurs,
prawda?
— Jak najbardziej. — Syriusz machnął
różdżką nad większym kotłem i wymówił cicho formułę zaklęcia. Dotąd seledynowy
dym wzbił się kłębami intensywnego szmaragdu. — Od razu, gdy skończyłem szkołę,
wyjechałem na pół roku , żeby go zrobić, i śmiało mogę rzec, że to była moja
najlepsza życiowa decyzja.
— Jak się dostać na taki kurs? —
Posłała mu szczerze zaciekawione spojrzenie. — Na pewno trzeba mieć dobrze
zdane Owutemy.
— To też — zgodził się z łagodnym
uśmiechem. — I przede wszystkim furę galeonów, ale akurat wtedy dostałem spadek
od wujka, więc powiedzmy, że mi się poszczęściło.
— Spadek od wujka? — powtórzyła z
niedowierzaniem i zmarszczyła czoło. — Myślałam, że twoja rodzina jest jedną z
najbogatszych w Anglii.
— Z pewnością — zakpił i spojrzawszy
przelotnie na zegarek na nadgarstku, zamieszał energicznie w kociołku. — Ale
nie daliby mi złamanego knuta. Moja matka, Walburga, wydziedziczyła mnie, gdy
miałem szesnaście lat.
Słowa Syriusza zadzwoniły jej w
uszach, zabębniły w skroniach i najwyraźniej wcale nie odnalazły drogi do
odpowiednich ośrodków korowych, bo Amelia wytrzeszczyła tylko oczy i otworzyła
bezgłośnie usta.
— Jak to wydziedziczyła?
— Normalnie. Wypaliła moje imię z
drzewa rodowego i od tego czasu już nie reprezentuję „szlachetnego i
starożytnego rodu Blacków" — wycedził ironicznie, kreśląc palcami w
powietrzu cudzysłów. Jego wzrok, który utkwiony był w sufit, przeniósł się z
powrotem na nią. — Ale to nic takiego, naprawdę.
Przyjrzała mu się uważnie. Swobodna
postawa i niewzruszony wyraz w oczach zdawały się mówić, że Syriusz nie
przejmował się zanadto ani swoją matką, ani też rodem, z którego został
wykreślony. Amelia odniosła jednak dziwne wrażenie, że to była tylko poza —
gruba skorupa pokazowej pewności siebie mająca na celu przekonać wszystkich
dookoła, że tę konkretnie rysę w rodzinnym portrecie traktował z najwyższym
rodzajem obojętności.
Nigdy nie przypuszczała, że Syriusz
mógłby mieć tak trudną sytuację w domu — a już z pewnością nie o skali, by jego
własna matka zapragnęła się go wyrzec. Amelia wiedziała, że jako jedyny ze
swojego rodu został przydzielony do Gryffindoru, była świadoma, że Blackowie
otwarcie popierali Voldemorta, ale Syriusz wydawał jej się na co dzień zbyt
wesoły i beztroski, by cokolwiek skłaniało ją ku myślom o jego problemach.
Nawet hogwarckie plotki o jego nieustannych ucieczkach do Jamesa
racjonalizowała sobie uwagą, że James i Syriusz stanowili parę szczęśliwie
odnalezionych bliźniąt albo szczególny rodzaj mutualistycznego systemu, w
którym jeden bez drugiego nie potrafił nawet oddychać.
Nie mieściło jej się w głowie, jak
wyrodną kobietą musiała być Walburga Black, skoro potraktowała w ten sposób
własnego syna. Nastolatki od zawsze stanowiły bolączkę rodziców, te krnąbrne i
nieokiełznane — bo takim z pewnością nazwałaby szesnastoletnią wersję Syriusza
— w szczególności, ale w większości przypadków wystarczyło tylko okazać trochę
serca i zdobyć się na szczerą rozmowę.
— Ale dlaczego...? — jęknęła,
urywając pytanie tuż przed końcówką „to zrobiła", zanim jej wyprany z
barwy głos do końca by się załamał. W takich sytuacjach naprawdę doceniała, że
jej rodzice zawsze potrafili ją wysłuchać i zrozumieć, a w momentach, w których
najbardziej ich potrzebowała, po prostu... byli obok.
— Pokłóciłem się z nią i uciekłem z
domu.
— I to jest czyn warty
wydziedziczenia własnego syna?
— Moja matka zawsze była trochę
szurnięta. — Skrzywił się gorzko samym kącikiem ust i odgarnął wilgotne od
oparów kosmyki włosów z czoła.
— Syriuszu, to jest straszne —
wyszeptała niemal bezgłośnie. — Nie wiem, jak można zrobić coś takiego własnemu
dziecku...
— Bones — westchnął, obrzucając ją
najbardziej czarującym spojrzeniem, jakim, Merlin jej świadkiem, kiedykolwiek w
życiu ją obdarzono. Z zazdrością pomyślała, że Syriusz miał w sobie bardzo
wiele niewymuszonego wdzięku, o którym ona sama mogła co najwyżej pomarzyć.
Nawet w zwyczajnych ruchach, które w jego wykonaniu wyglądały na pełne
elegancji, prezentował coś, co przypominało o jego szlachetnym pochodzeniu.
Gdy uśmiechnął się do niej z
rozbawieniem, uświadomiła sobie, że mu się przygląda. Miękko, nawet trochę
tkliwie i, co gorsza, z niespotykanym dotąd u niej oczarowaniem.
— Uwierz mi, że ani trochę nie
żałuję, a Walburga i tak dostała za swoje — kontynuował, udając, że nie zwrócił
uwagi na jej zachowanie. Amelii ulżyło nieznacznie, kiedy pomyślała, że Syriusz
był raczej do długich, niewieścich spojrzeń przyzwyczajony, toteż jej gapienie
się z pewnością nie wywarło na nim większego wrażenia. — Została sama w
ogromnym domu, Rega już nie ma, a ostatniego potomka linii męskiej swojego rodu
osobiście wydziedziczyła.
Wzmianka o Regulusie sprowadziła ją
na ziemię, bo uniosła brodę i ściągnęła brwi. Z tego, co pamiętała, młodszy
brat Syriusza prezentował nieco inne poglądy —znacznie dalsze stanowisku, które zajmowała ona czy Huncwoci
i zdecydowanie bliższe temu, z którym utożsamiała się spora część Ślizgonów. W
szkole nigdy nie widywała braci Black razem, co jedynie utwierdzało ją w
przekonaniu, że nie mieli wtedy najlepszych relacji. Jednak głos Syriusza
obniżył się nieznacznie na wspomnienie brata, którego nawet nie nazwał
„Regulusem", a pieszczotliwie „Regiem" i Amelię aż korciło, żeby o
niego zapytać...
— Kiedyś, gdy wpadnę na pomysł się
ożenić, to tylko z mugolaczką, żeby matka jeszcze bardziej się wściekła —
parsknął, nie zważając na jej zadumaną minę.
— I tylko dlatego cię
wydziedziczyła, bo się pożarliście, a ty uciekłeś? — drążyła dalej, puszczając
mimo uszu uwagę o ożenku.
— Oj, nie tylko — wymamrotał ponuro,
prostując kręgosłup i nieznacznie spinając mięśnie, co nie umknęło jednak jej
uwadze. — Jeszcze parę takich innych rzeczy było...
— Jakich?
— Nieważne — uciął szybko temat i
przypomniawszy sobie nagle o eliksirze, dorzucił pospiesznie skrojony ślaz do
kotła. — Dość już gadania o mojej rodzinie. Może ty mi teraz coś opowiesz?
I tyle było z jej chęci zapytania o
Regulusa.
— A co byś chciał wiedzieć? —
westchnęła, przysiadając ciężko na drewnianym taborecie.
— Nie wiem, wymyśl coś ciekawego —
uśmiechnął się do niej.
Amelia dokonała błyskawicznej
analizy wydarzeń, które nastąpiły w jej życiu po ukończeniu Hogwartu. Tak
właściwie, pierwsze dwa lata swojej dorosłości mogłaby zawęzić do zaledwie
trzech etapów: przyspieszonego kursu prawa magicznego dla urzędników
Ministerstwa, pracy w urzędzie i wyprowadzki od rodziców. Nic, czym mogłaby się
pochwalić.
— W sumie to niewiele... Oprócz
tego, że się przeprowadziłam i dostałam pracę w Ministerstwie — odpowiedziała
zażenowana, bo nawet w jej głowie ta odpowiedź zabrzmiała nadzwyczajnie nudno.
Spojrzawszy pobieżnie na jej salon i
mały fragment sypialni, który uwidaczniał się zza uchylonych drzwi, Syriusz
zapytał znienacka:
— A mieszkasz tutaj sama?
— A widzisz tu kogoś jeszcze? —
odbiła pytanie, autentycznie zaintrygowana, dlaczego naszła go taka uwaga.
— Nie, ale pomyślałem, że może twój
narzeczony, chłopak czy inny amant gdzieś wyjechał — odrzekł beznamiętnie i
kilkoma ruchami różdżki dodał ostatnie składniki eliksiru. Szmaragdowy dym
skłębił się ciasno u wylotu kotła i tym razem wzniósł wstęgami miętowej
zieleni.
— Nie mam żadnego amanta, jeśli o to
pytasz — odpowiedziała, prychając śmiechem na tę marnie zakamuflowaną próbę
uzyskania informacji, czy się z kimś spotykała.
Przez krótką chwilę zastanawiała
się, czy Syriusz miał w tym pytaniu jakiś konkretny cel, zaraz jednak wybiła
sobie z głowy podobne myśli. Najwyraźniej był tylko ciekawy, czy naprawdę
mieszkała sama. W końcu jej dość przestronne mieszkanie i podwójne łóżko w
sypialni bez wątpienia nadawały się do użytku dwóch osób.
— Opowiedz mi coś o pracy w
Gringotcie — podjęła wątek, kierowana pragnieniem natychmiastowej zmiany
tematu. — Jesteś pierwszym łamaczem zaklęć, jakiego znam.
— Skoro chcesz. — Wzruszył
ramionami. — W samej siedzibie niewiele się napracowałem, ciągle mnie gdzieś
wysyłali. Zjeździłem prawie całą Europę, bo Gringott ma mnóstwo skrytek
porozrzucanych po różnych krajach. Fantastyczna przygoda, gdybyś rozważała zmianę
profesji, to polecam z całego serca.
— Ja chyba wolę moje Ministerstwo —
bąknęła pod nosem, na co Łapa parsknął głośno śmiechem. — Dlaczego się
śmiejesz?
— Pasujesz mi właśnie na taką
urzędniczkę.
— To znaczy, że jestem nudna?
— Raczej spokojna i ułożona —
skwitował tajemniczo, ani na sekundę nie odwracając spojrzenia od kotła z
eliksirem. Skurczone policzki drżały mu od nieudolnie tłumionego uśmiechu.
— Wciąż wolę Ministerstwo od
obecności goblinów — odcięła się, nad wyraz oburzona. — A spokojna i ułożona
brzmi jak kryptonim „nudna".
— Wcale tak nie powiedziałem. Chyba
się mnie czepiasz, co? — Uniósł głowę i przeniknął ją spojrzeniem będącym
swoistą mieszaniną rozbawienia i jeszcze jednej emocji, takiej, której nie
umiała jasno zdefiniować, a która w ułamek sekundy potrafiłaby zmienić ją w
kupkę popiołu.
Speszona, odwróciła twarz w stronę
salonu i nerwowym ruchem przygładziła pasemka włosów przy uszach. Merlinie, źle
się z nią działo.
— Czepiam się, bo przypisujesz mi
łatkę na podstawie tego, gdzie pracuję — odpowiedziała hardo.
— Nie no, wiesz... — westchnął, co w
jej ocenie wyszło mu nieco dramatycznie. — James i Remus też pracują w
Ministerstwie. Tylko że oni nie skrobią raportów całymi dniami…
Mogłaby przysiąc, że Syriusz właśnie
do niej mrugnął — wesoło, figlarnie i chyba nawet odrobinę flirciarsko, choć
takich gestów wolałaby się raczej w jego zachowaniu nie doszukiwać. Rzuciła
krótkie spojrzenie w kierunku drzwi frontowych. Zważywszy, że jej zdradzieckie
serce nieoczekiwanie podjęło dziką akcję skurczową, była gotowa w tej chwili
wybiec z mieszkania.
— A może ja lubię moje raporty? —
burknęła niezadowolona. — I mam dopiero dziewiętnaście lat. Kariery w
Ministerstwie nie robi się z dnia na dzień.
— A planujesz zostać ministrem? —
Jego oczy iskrzyły czystą radością, co podsunęło jej kolejny, dość jednoznaczny
wniosek: Syriusz bawił się doskonale, szkoda tylko, że jej kosztem. — Niezwykła
jesteś, naprawdę. To chyba najbardziej znienawidzona profesja w całej magicznej
Anglii.
— Wcale tak nie powiedziałam. —
Schowała dłonie pod blat i zacisnęła mocno palce na kolanach. — Wolałabym być
sędziną w Wizengamocie, ale do tego jeszcze długa droga.
— Łał, prestiżowo. Wizengamot...
Wielka kariera...
Tym razem naprawdę do niej mrugnął.
Uchwycił jej spojrzenie i puścił perskie oko, a ona, kompletnie niewprawiona w
reagowaniu na takie gesty, z nerwów przebiła zębami dolną wargę.
O losie, w całej swojej nonszalancji
i niekiedy też przesadnej pewności siebie, Syriusz wciąż potrafił być
niebezpiecznie czarujący. I co gorsza, jego urok kurczył jej serce nawet w
momentach, w których otwarcie stroił sobie z niej żarty.
— Nabijasz się ze mnie — zachrypiała
słabo.
— Absolutnie. Ja się tylko
przekomarzam. — Zaśmiał się i schylił nieco głowę, by zmniejszyć płomień
palnika pod kociołkiem z muchami. — Bawi mnie to, jak się oburzasz, gdy tylko
powiem coś złego na twoje ukochane Ministerstwo.
— Cieszę się niezmiernie, że
dostarczam ci rozrywki — odgryzła się cierpko i zerknęła niecierpliwie w
kierunku sypialni. Zakopie się w łóżku aż do jutrzejszego poranka, w tym
momencie była tego pewna, jak niczego innego na świecie. A może przy okazji
wynajmie Syriuszowi nowe mieszkanie? — I co jest złego w pisaniu raportów? —
jęknęła.
— Cóż... To trochę nudne zajęcie,
nie sądzisz?
— No tak, Syriusz Black nie może
pojąć, jak ktoś może lubić stałe godziny pracy? — Przewróciła wymownie oczami.
— Albo wolne weekendy?
— Okej, tego akurat nie miałem —
przyznał i uprzątnął pobieżnie wierzch blatu z resztek składników. Amelia
odetchnęła z ulgą. Najwidoczniej wspólne warzenie eliksirów zmierzało już ku
końcowi, a to oznaczało, że już wkrótce ich rozmowę czekał podobny los. — Ale
możliwość podróżowania wiele mi wynagradzała.
— Skoro bycie łamaczem to taka praca
marzeń, to dlaczego zrezygnowałeś? — zapytała oskarżycielsko.
— Chciałem być na miejscu i
uczestniczyć we wszystkich akcjach Zakonu. Jak cały ten cyrk z Voldim się
uspokoi, to na pewno wrócę.
— A skąd wiesz, że niedługo się
uspokoi? Równie dobrze może potrwać kilka lat.
— A ja myślę, że nie potrwa. —
Wyszczerzył do niej zęby. — Jestem optymistą.
— Skoro tak mówisz — westchnęła,
chociaż ani trochę nie chciało jej się wierzyć w słowa Syriusza.
Voldemort od dłuższego czasu powoli
i wytrwale budował swoją potęgę. Wszystkie reguły, które tak skrupulatnie rozgrywał
na światowej arenie, wszystkie plany, które z taką zawziętością wdrażał w
rzeczywistość, zdawały się dopiero osiągać swoje ekstremum. Wojna w Anglii od
dłuższego czasu utrzymywała stały poziom. Od dziewięciu lat plasowała się
niemal w liniowym położeniu, a tak długi czas jej trwania wcale nie skłaniał do
uwierzenia, że mogłaby niebawem wygasnąć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz