Ogromny przedsionek Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów niemal w całości osnuwał gęsty, nieprzejrzysty mrok. Zdaniem niektórych stanowił najciemniejszy zaułek gmachu, a swoją „przytulność" zawdzięczał niefortunnemu położeniu — stanowił zatokę odgraniczoną wąskim korytarzem od reszty Ministerstwa. W głębi pomieszczenia tliła się pojedyncza lampka, a gęsie pióro skrobało zawzięcie o pergamin, tym samym zdradzając obecność ostatniego urzędnika tego ponurego wieczoru.
Amelia Bones, asystentka dyrektora
Urzędu Niewłaściwego Użycia Czarów, wertowała opasłe paragrafy statutów
dotyczących użycia magii przez dorosłych czarodziejów. Sytuacja w Ministerstwie
zmieniała się dynamicznie, a liczba sporządzanych przez nią raportów
przewyższała jej oczekiwania wobec czasu spędzanego w pracy. Amelia z
niedowierzaniem przepisywała interesujące ją postanowienia, które nawet w jej
głowie brzmiały absurdalnie ograniczająco wobec praw czarodziejów. Gdy tylko
skończyła, jednym ruchem ręki zgarnęła pergaminy do torby i w pośpiechu
opuściła mury Ministerstwa.
To był kolejny miesiąc pracy, który
upłynął jej pod znakiem stosowania się do bzdurnych przepisów. Nie powinna
zatem czuć się zdumiona nowymi rozporządzeniami Ministra, jednak tym razem
sytuacja przedstawiała się dramatycznie źle — i to na tyle, że w pierwszej
kolejności pomyślała o poinformowaniu o niej Zakonu.
— Profesorze...? — zapytała
niepewnie w progu wejścia do kwatery głównej. Drzwi do jadalni znajdującej się
na samym końcu wąskiego korytarza były szeroko otwarte, dzięki czemu od razu
dostrzegła obecność siwej brody Dumbledore'a. — Mam panu coś ważnego do
przekazania...
— Dobry wieczór, Amelio — odrzekł
swoim zwyczajnym, dobrodusznym tonem, poprawiając na nosie okulary-połówki. — A
zatem zamieniamy się w słuch.
Dopiero wtedy zauważyła dwa tuziny
osób siedzących przy długim, prostokątnym stole. Ich obecność nasunęła jej
wniosek, że przeszkodziła w trakcie zebrania, na którym sama w roztargnieniu
zapomniała się pojawić. Ponad dwadzieścia głów obróciło się w jej stronę i
wlepiło w nią wyczekujące spojrzenia.
— Ministerstwo zamierza wdrożyć nowe
postępowania w sprawie użycia czarów przez pełnoletnich czarodziejów —
powiedziała jednym tchem, torując sobie drogę prosto do wolnego krzesła przy
Franku Longbottomie. — Na podstawie rejestru różdżek będą monitorować wszystkie
rzucane zaklęcia...
— Pełna inwigilacja — skomentował
nonszalancko rozparty na siedzeniu James i uśmiechnął się do niej szeroko. — I
jeszcze więcej kłopotów. To, co stary minister Minchum lubi najbardziej.
I
to, co prawdopodobnie ty sam lubisz najbardziej, pomyślała Amelia z subtelną nutą
rozczulenia i podziwu. Jamesa Pottera znała od jedenastego roku życia — w końcu
byli tym samym rocznikiem w Hogwarcie — i przez ten czas zdążyła poznać go na
tyle, by wiedzieć, że od zawsze był uosobieniem gryfońskiej odwagi i brawury,
przez co lubił, nie, wróć, kochał wszelkie
ministerialne zawiłości, zwłaszcza jeśli zwiastowały one zwiększenie
częstotliwości zakonnych misji.
— To poważna sprawa, James. Różdżki
aurorów również będą śledzone — odpowiedziała z zatroskaną miną, licząc, że ta
informacja wzmoże w nim niepokój. Na ten moment James był w trakcie dwuletniego
kursu aurorskiego i powoli już zmierzał ku jego końcowi, a ona bardzo nie
chciała, żeby nowe, ministerialne rozporządzenia utrudniły mu uzyskanie
dyplomu.
— A skąd Ministerstwo ma rejestr
różdżek? — zagrzmiał podejrzliwie Moody.
— Sporządzili go na podstawie
namiaru. Tego samego, który dezaktywuje się wraz z ukończeniem siedemnastego
roku życia — wyjaśniła naprędce, zamierając na krześle pod nieufnym spojrzeniem
aurora. — Nieoficjalnie wiem też, że Ollivander i inni wytwórcy będą rozliczani
z wiedzy o każdej stworzonej i sprzedanej różdżce.
— Interesujące — uśmiechnął się
łagodnie Albus. — Czy ktoś z was nabył nową różdżkę w ostatnim czasie?
— Ja kupiłem nową — odezwał się
Mundungus Fletcher, błyskając chytrze złotym kłem, który w jej ocenie nie tyle
odejmował mu urody, ile nadawał wyglądu cwanego rzezimieszka. — Może nie z
najlepszego źródła, ale przynajmniej mam pewność, że jest nierejestrowana —
pochwalił się, śmiejąc szyderczo pod nosem.
Mimo że Amelia wstąpiła w szeregi
Zakonu zaledwie dwa tygodnie temu, już zdążyła zauważyć, że Mundungus zawsze
był na bieżąco z wszelkimi nowościami Ministerstwa i, zgodnie z aktualnymi
potrzebami, nabywał wszystkie niezbędne mu przedmioty z miejsc, w których
lokalizację zdecydowanie wolałaby nie wnikać.
— A co, jeśli Ministerstwo dowie
się, że ktoś używa nierejestrowanej różdżki? — zapytał siedzący w kącie obok
Jamesa Syriusz Black z huncwockim błyskiem w oku i cieniem prowokacji na
ustach.
Amelia mogłaby postawić zakład, że
drugą po Mundungusie osobą z nielegalnie zdobytą różdżką będzie właśnie Black.
Te konkretne podejrzenia nasuwały jej się nie dlatego, że chłopak sprawiał
wrażenie przebiegłego lub takiego, co mógłby kręcić szemrane interesy na
Nokturnie — bynajmniej. O ile James w Zakonie stanowił żywe ucieleśnienie
brawury, o tyle jego najlepszy przyjaciel, Syriusz, był odzwierciedleniem
chodzącego na dwóch nogach buntu i rebelii.
Ministerstwo zabroniło latania
mugolskimi środkami transportu? Proszę bardzo, Syriusz wskakuje na swój
podrasowany magią motocykl i jeszcze tego samego dnia wyfruwa na nim w
powietrze. Ministerstwo zdelegalizowało nierejestrowane różdżki? Kolejne proszę
bardzo. Amelia była niemal pewna, że Syriusz zaraz po tym zebraniu pobiegnie
takową zdobyć.
— Za to grozi Azkaban — wyjaśniła z
wymownie roztropną miną, by ostudzić nieco dysydenckie zapędy Blacka. — Mój
szef, Ogden, wysłał mi listę raportów dotyczących użycia magii, które mam
napisać. Spojrzałam na tę listę... Sami aurorzy.
— Obawiam się, że to odgórny nakaz.
Barty Crouch nie ma zaufania do nikogo. Zwykłych szmalcowników posyła do
Azkabanu. — Dumbledore podniósł się z krzesła i okręcił w bok tak, żeby stanąć
centralnie naprzeciwko niej. — Amelio, czy byłabyś w stanie coś dla nas zrobić?
Skinęła głową, czując, jak żołądek
podjeżdża jej do gardła.
— Wiem, że to może być ryzykowne —
zaczął poważniejszym niż zwykle tonem — ale spróbuj utrzymać w sekrecie
informacje na temat Zakonu.
— Nie śmiałabym uchylić Ministerstwu
zbyt wielu informacji — odpowiedziała z lekkim uśmiechem, bo pełen ulgi i
wdzięczności wyraz w oczach Albusa podpowiadał jej, że bardzo wysoko cenił
wszelkie przejawy lojalności, a ona, jako najmłodszy stażem członek Zakonu
Feniksa, straszliwie chciała się wykazać. — Do tego pomyślałam, że... —
zawahała się. — Mogłabym w ten sposób spróbować śledzić potencjalnych śmierciożerców.
— Byłoby fantastycznie — poparł ją
Kingsley Shacklebolt. — Informacje docierające do nas z departamentu są
ostatnio tak utajniane przez Croucha, że gdyby nie Zakon, nikogo byśmy nie
znaleźli.
— Jest aż tak źle? — zmartwiła się.
— Crouch i Minchum wiążą nam ręce —
wyjaśnił Kingsley. — Nie ufają nam za knut. Pewnie twierdzą, że spiskujemy z
Dumbledore'em przeciwko nim. Sądzimy, że niebawem zdecydują się przekadrować
Biuro Aurorów.
— Informacje z Zakonu to od teraz
nasze główne medium — wtrącił się Moody i znowu skierował na nią podejrzliwe
spojrzenie, jakby po wszystkich szkolących pojedynkach, które odbyła wraz z nim
i Kingsleyem, wciąż jej nie ufał. — Szukamy też łajdaków na własną rękę, ale
litości, nie jesteśmy biurem dochodzeniowym. Zresztą i tak zaraz polecą etaty,
a pierwszy będę ja — skrzywił się.
— Tym bardziej postaram się pomóc —
zadeklarowała, ani przez chwilę nie zastanawiając się, czy nie bierze na siebie
zbyt dużego zobowiązania.
W magicznej Anglii wojna rozgorzała
na dobre. Śmierciożercy już dawno przestali się krygować. Przyodziani w grube
peleryny i trupie maski, potrafili wolnym, zuchwałym krokiem przemierzać alejki
Hogsmeade czy Pokątnej. Czuli się do tego stopnia pewni siebie oraz swojego
lidera, Lorda Voldemorta, że mugolskie dzielnice plądrowali już nawet w środku
dnia. Atmosfera robiła się coraz gęstsza, a ona nie mogła pozostać bierna, gdy
Ministerstwo stwarzało dodatkowe problemy.
— Wspaniale. — Moody klasnął w
dłonie z taką energią, że Amelia przez chwilę nie potrafiła ocenić, czy gest
ten był wyrazem ekscytacji, czy auror zwyczajnie złapał latającą po pokoju
muchę. — Tylko się nie daj złapać, Bones. Potrzebna nam wtyka w Ministerstwie.
W ten oto sposób wyglądało niemal
każde zebranie Zakonu Feniksa — a przynajmniej te, na które według rozpiski z
kalendarza kazano jej się stawiać. Amelia była najnowszym nabytkiem w
stworzonej przez Dumbledore'a formacji, wobec czego nie każde zwołanie
bezpośrednio dotyczyło jej osoby. Do tej pory zajmowała się jedynie sprawami
Ministerstwa, które w razie konieczności wiązała z misjami Zakonu, przekazując
Albusowi najważniejsze informacje z Departamentu Przestrzegania Prawa lub nawet
od samego ministra.
Teraz sytuacja miała ulec
diametralnej zmianie. Amelia nie wiedziała, czy szpiegostwo było w jej sytuacji
opcją rozsądną. Tym bardziej nie potrafiła określić, czy nie podejmuje zbyt
dużego ryzyka. Ostatecznie przekonała ją myśl, że do stracenia miała co
najwyżej posadę w Ministerstwie. Pozostali członkowie Zakon Feniksa w imię
wyższych wartości rezygnowali ze wszystkiego — czasu, młodości, szczęścia,
zdrowia, psychiki. Dla dobra sprawy poświęcali się w całości. Nawet jej brat,
Edgar, nie wahał się ani chwili, by na prośbę Dumbledore'a wyjechać na
kilkumiesięczną misję. Jasna i ciemna strona niczym dwa niemal równoważne
ciężarki chybotała na szali zwycięstwa, co jakiś czas przechylając się w jedną
bądź drugą stronę.
Amelia Bones miała zbyt silne
poczucie odpowiedzialności społecznej, by nie pomóc Zakonowi w momencie, w
którym przewaga jednostki decydowała o dalszym przebiegu wojny.
☘
Następny dzień w pracy, choć
identyczny z wszystkimi pozostałymi, był dla Amelii rodzajem osobistego
przełomu. Ważna, zakonna misja zrzuciła na nią ciężar nowych obowiązków. Od
teraz każde niewłaściwie użyte słowo czy nierozważnie przepisane zaklęcie mogło
poskutkować ujawnieniem Zakonu przed Ministerstwem. Amelia spędziła długie
godziny przy biurku na sporządzeniu dokumentów dla swojego przełożonego z
pełnym wypisem zaklęć użytych w ostatnim czasie przez aurorów.
Po prześledzeniu oraz przepisaniu
standardowych czarów przeszła do zaklęć rzucanych w godzinach wieczornych. Dość
szybko zorientowała się, że na ich podstawie byłaby w stanie z łatwością
prześledzić każdą wykonaną przez nich akcję. Czytając po kolei jej raporty,
Jarvis Ogden, szef Urzędu Niewłaściwego Użycia Czarów, nie musiałby się zbyt
wiele natrudzić, żeby wywnioskować, że prowadzą działalność aurorską poza
godzinami pracy.
Serce huknęło jej w klatce tak
mocno, że usłyszała szum własnej krwi w uszach. A gdyby spróbowała pominąć
zaklęcia użyte w działaniach dla Zakonu? Wszystkie spisy czarów z ostatniego
tygodnia miała na swoim biurku i sądząc po ich liczbie, mogłaby przysiąc, że są
to jedyne ich egzemplarze. Zbyt wiele się nie namyślając, przepisała na
standardowej maszynie do pisania ostatnie, podsumowujące raporty bez
uwzględnienia pewnych niewygodnych dla niej akapitów, a następnie skierowała
kroki do gabinetu swojego szefa.
Bądź
dzielna,
pomyślała tylko i zbielałymi ze strachu kłykciami zastukała do drzwi.
— Proszę wejść — wybrzmiał stłumiony
głos zza ściany. — Och, panna Bones — przywitał się z nią Ogden, poprawiając
złotą spinkę przy zapięciu długiej, granatowej szaty.
Amelia skłoniła uprzejmie głowę i
podeszła bliżej.
— Chciałabym złożyć raporty —
oznajmiła, kładąc stos pergaminów na ciężkim, dębowym biurku tuż przed
pochyloną twarzą dyrektora.
Ogden był chudym mężczyzną w średnim
wieku o żylastych dłoniach i nieproporcjonalnie długich kończynach, które
zawsze wykręcały żołądek Amelii w nieprzyjemnym skojarzeniu z pajęczymi
odnóżami. Krótkie, rzadkie, siwe włosy roztrzepywały się już tylko na czubku i
z tyłu głowy, wiotkie, blade policzki zapadały się jak okrągły placek przedzielony
wąskim, prostym nosem. Ogden chwycił do ręki pierwszy arkusz pergaminu i
przyglądnął się mu wnikliwie zza zdobiącego jego oko monoklu.
— Dobra robota, panno Bones —
pochwalił ją po dłuższej chwili. — Ten raport o Alastorze Moodym...
Uwzględniłaś nawet zaklęcie, którym parzy sobie herbatę — uśmiechnął się, a
Amelia wyczuła w jego reakcji coś w rodzaju szczerego zadowolenia z efektów jej
pracy. — Na przyszłość nie musisz być aż tak dokładna. Myślę, że wiesz, jakie
zaklęcia interesują Ministerstwo.
— Bardzo dziękuję, panie dyrektorze
— odetchnęła z ulgą, nareszcie pozwalając sobie na pełne rozluźnienie dłoni,
które od momentu wejścia do gabinetu na przemian zaciskała na materiale szaty i
rozprostowywała, wycierając je z potu. — Czy Alastor Moody jest podejrzany o
obcowanie z czarną magią? — wypaliła, nim zdążyła się zastanowić, czy nie za
bardzo zdradzi się ze swoimi intencjami.
— Ależ skąd — żachnął się,
odkładając raport na biurko — natomiast Ministerstwo, jako podmiot powołany do
zachowania porządku wśród czarodziejów, ma obowiązek zachować szczególne środki
ostrożności w wyjątkowych sytuacjach. W dzisiejszych czasach rozsądne jest,
żeby tak potężna instytucja, jak Ministerstwo Magii darzyła ograniczonym
zaufaniem swoich współpracowników.
Skinęła głową w milczeniu, choć na
myśl cisnął się jej jedynie komentarz, że ze wszystkich wysoko postawionych
osób w skorumpowanej aparaturze Ministerstwa Moody akurat był osobą o
najszczerszych zamiarach. Amelia zatrzymała tę uwagę dla siebie. Ogden, pomimo
swojego sztywnego usposobienia, nie był najgorszym urzędnikiem, na jakiego
mogłaby trafić. W dodatku zależało jej, żeby darzył ją zaufaniem, gdyż
pozytywna rekomendacja Urzędu Niewłaściwego Użycia Czarów gwarantowała w
przyszłości awans i bardziej odpowiedzialne zadania.
— Nie zatrzymuję cię dłużej. Jutro
rano dam znać, jakich raportów będę oczekiwał — oznajmił, dając jej do
zrozumienia, że może odejść, co zaraz uczyniła, kierując się ku wyjściu.
Nim zamknęła drzwi, zdążyła tylko
przyuważyć, jak Ogden machnięciem różdżki upycha wszystkie napisane przez nią
raporty do najniższej, wciśniętej w róg szuflady w jak najdalszej odległości od
biurka.
Po pracy Amelia deportowała się do
swojego niewielkiego mieszkania znajdującego się na przedmieściach Londynu. Gdy
tylko podjęła pracę w Ministerstwie Magii, postanowiła dopełnić obrazu dorosłej
i odpowiedzialnej wersji siebie, i wyprowadzić się od rodziców. Swoje przyszłe
mieszkanie pierwszy raz ujrzała w rubryce „Do wynajęcia" Proroka Codziennego, z miejsca się w nim
zakochując. Było ono ulokowane w rogu mugolskiej kamienicy i kształtem
przypominało wiewiórczą dziuplę, za to skąpaną w refleksach południowego
słońca, dzięki dużym, kuchennym okiennicom, przez które dzienne światło
docierało aż do przeciwległej ściany na końcu salonu.
Amelia wyjęła z aktówki stos wykazów
zaklęć i czym prędzej podpaliła je różdżką w malutkim, salonowym kominku.
Martwiła ją myśl, w jaki inny sposób mogłaby utylizować dokumenty będące w
stanie wydać ją i Zakon. Zabieranie ich ze sobą do domu nie wchodziło w
rachubę. Nie w momencie, kiedy magiczna straż miała prawo bez żadnego powodu
zrewidować ją przy wyjściu i tym bardziej nie o czasie jej powrotu z pracy, bo
na początku marca siedemnasta wciąż była godziną, w której urzędnik
Ministerstwa mógł stać się łatwym celem ataku śmierciożerców.
Z rozmyślań wyrwał ją nagły,
dudniący łoskot walonej o drzwi pięści. Amelia natychmiast zerwała się z
podłogi i wyuczonym przez Moody'ego ruchem ścisnęła różdżkę w dłoni, kierując
jej czubek na front mieszkania.
— To ja, James! — Dobiegł ją bardzo
dźwięczny i sympatyczny głos zza ściany, który na ten moment urozmaicała lekka
nuta paniki oraz seria głośnych, dyszących oddechów w tle. — WAŻNA SPRAWA,
OTWÓRZ NAM SZYBKO!
Amelia powoli zaczynała żałować, że
podała Jamesowi swój dokładny adres zamieszkania. Od zeszłego tygodnia Potter
zdążył ją już nawiedzić trzykrotnie. Oczywiście, wyłącznie w celach
zawodowo-zakonnych, bo jej znajomość prawa okazała się niezbędnie konieczna w
dopełnieniu formalności związanych z dyplomem aurora. Niemniej Amelia czuła, że
załatwia tym sobie poważne porachunki z Lily, która w umiejętności posyłania
bazyliszkowych spojrzeń z wolna już dościgała Marlenę.
— Moja ulubiona baśń z dzieciństwa?
— zawołała na głos, pamiętając o najważniejszej zasadzie ograniczonego zaufania
wobec każdego, kto pojawiał się z wizytą bez zapowiedzi.
— Amelia, na litość Merlina — zaklął
James, przestępując ciężko z nogi na nogę. — Fontanna Szczęśliwego Losu?
W tej samej sekundzie, w której
Amelia odryglowała zamki, czworo zdyszanych mężczyzn wparowało jej do
mieszkania.
— Co się stało? — zapytała,
zamykając drzwi od środka i obracając się w stronę Huncwotów, by przebiec
spojrzeniem po ich twarzach. Peter obgryzał sobie paznokcie do krwi, James
chuchał jak smok zza zaparowanych szkieł okrągłych, wiecznie popękanych
okularów. Syriusz kręcił się wokół własnej osi tak gorliwie, jakby stanem
umysłu zapętlił się w wirującej, jednoosobowej karuzeli. W całym obrazie
huncwockiej nędzy i rozpaczy tylko Remus wyglądał na względnie opanowanego.
— Natknęliśmy się na śmierciożerców.
Szukają czegoś w Little Norton — wyjaśnił szybko Lupin. — Uciekliśmy im, ale
jeden przechwycił różdżkę Syriusza.
— Jesteście ranni?
— NIE! — wrzasnęli chórem, od
którego Amelii niemalże pękły bębenki.
— Mam poważne kłopoty — jęknął
Syriusz, kierując na nią zrozpaczone spojrzenie błyszczących, psich oczu. — Ten
drań, który wytrącił mi różdżkę, rzucił z niej parę niewybaczalnych...
— Przy obecnym prawie Ministerstwo
lada chwila to odnotuje. — Amelia westchnęła lekko pod nosem, chociaż miała
ochotę wypuścić z impetem całe, zalegające w płucach powietrze, bo tak bardzo
kryzysowa to była sytuacja zarówno dla niej jako urzędniczki, jak i dla całego
Zakonu. — Odzyskałeś swoją różdżkę?
— Tak. — Syriusz kiwnął głową, wyjmując
różdżkę z kieszeni ciemnych, potarganych dżinsów. — James go rozbroił, zanim
się deportowaliśmy.
— Niedobrze — bąknęła. — Gdyby
śmierciożerca ją zabrał i w dalszym ciągu używał, mógłbyś złożyć zeznanie o
napaść. Rzucałeś po tym jeszcze jakieś zaklęcia?
— Żadnych, Bones. — Uśmiechnął się
cierpko. — Nie jestem głupi.
— Świetnie, ale od teraz twoja
różdżka jest bezużyteczna. — Amelia wyciągnęła ku niemu otwartą dłoń. — Oddaj
mi ją.
— Co? — Syriusz zdębiał.
— To, co słyszałeś. Jedno zaklęcie
więcej z tej różdżki i Barty Crouch wyśle cię do Azkabanu.
— Nie da się nic zrobić? —
zachrypiał blady jak ściana Remus. — Masz przecież dostęp do ministerialnych
papierów. Nie mogłabyś ich zabrać, zniszczyć, cokolwiek? Przecież Departament
Przestrzegania Prawa nie monitoruje całą dobę każdego zaklęcia...
— Remusie, sprawa jest bardziej
skomplikowana, niż myślisz. Ministerstwo namierza w pierwszej kolejności
zaklęcia niewybaczalne, mają nałożony radar. Dyrektor departamentu pierwszy
dowiaduje się o rzuceniu któregoś z nich.
— Jasny Merlinie — zaklął Syriusz,
po raz kolejny tego wieczora okręcając się nerwowo wokół własnej osi i
przechodząc na drugi koniec salonu, by na koniec skierować się prosto do
kuchni. — Ministerstwo uzna mnie za śmierciożercę i wsadzi do Azkabanu. A jak
pójdę osobiście do Croucha wyjaśnić sprawę, to uzna, że szpieguję dla
Dumbledore'a, i co się stanie? I tak wsadzi mnie do Azkabanu.
— Łapa, spokojnie. — James podszedł
do niego i położył mu dłonie na ramionach. — Trzeba złożyć wizytę Albusowi, on
na pewno coś poradzi.
— Ja też spróbuję coś wymyślić, ale
nie ukrywam, że sytuacja jest ciężka — orzekła Amelia z nieciekawą miną. —
Złożyłam dzisiaj Ogdenowi raport o aurorach. Zataiłam w nim zaklęcia rzucane w
ramach akcji Zakonu.
Czterech Huncwotów zamarło na dźwięk
jej słów.
— I co? — zapytał Peter po chwili
pełnej konsternacji ciszy. — Zorientował się?
— Wydaje mi się, że nie. Spaliłam
dowody w kominku.
— Mogą cię za to wyrzucić, Amelio —
skomentował cicho Remus.
Na te słowa potrząsnęła tylko głową.
Nie chciała dopuszczać do siebie podobnych myśli. Amelia lubiła swoją
dotychczasową pracę, nawet jeśli ostatnio zaczęła przybierać nieco inną formę,
niż początkowo zakładała. Wiedziała jednak, że musi zacisnąć zęby i przeczekać
ten chwilowy przestój. W przyszłości wiązała duże nadzieje z Ministerstwem.
— Tych papierów było bardzo dużo.
Nie wierzę, że sporządzili dodatkową kopię — wyjaśniła, choć przez moment sama
nie była do końca pewna, czy o tym stanie rzeczy usiłuje przekonać siebie, czy
Huncwotów. — I nie sądzę, że w Ministerstwie jest ktoś, kto aż tak wnikliwie
śledzi poczynania aurorów. Zrobienie tych raportów zajęło mi masę czasu.
— Jesteś absolutnie złota, Amelio
Bones — skwitował James, obdarzając ją spojrzeniem pełnym wdzięczności. — Ale
rozwiążmy najpierw problem Syriusza, co?
— A jak byście chcieli go rozwiązać?
— rzucił kwaśno sam zainteresowany.
— Herbatą u Dumbledore'a —
odpowiedział Remus, jakby to było najoczywistsze rozwiązanie pod słońcem.
Amelia prychnęła śmiechem na tę
odpowiedź. Stary, poczciwy i — przede wszystkim — ratujący Huncwotom skórę
Dumbledore był na wagę goblińskiej sakwy złota i rubinów. Nawet wolała sobie
nie wyobrażać chaosu, który zapanowałby w Wielkiej Brytanii, gdyby zabrakło w
nim na pozór zwyczajnego dyrektora Hogwartu o sympatycznym uśmiechu i
zmęczonej, sędziwej twarzy. Mimo braku powiązań z władzą Ministerstwa czy
Wizengamotu Amelia wiedziała, że tak naprawdę to Dumbledore trzymał ich
magiczny grajdołek w ryzach.
☘
Sposób postrzegania świata jest
kwestią perspektywy. W beznadziejnych okolicznościach Amelii zawsze
przypominała się ta reguła. Teleportowanie się do Hogsmeade z czterema
roztrzęsionymi Huncwotami nie było dla niej specjalnie komfortowym przeżyciem,
niemniej dopiero szaleńczy, kilkumilowy pęd od wioski do zamku sprawił, że
nabrała innego oglądu sytuacji. Na ten moment oddałaby wszystko za możliwość
aportacji w samym Hogwarcie, najlepiej od razu na dywanie w gabinecie
Dumbledore'a. Amelię cieszył jedynie fakt, że płuc nie dało się wypluć przez
gardło, bo truchtając za naładowanymi adrenaliną Huncwotami, miała nieprzemożną
chęć to właśnie uczynić.
Jakim cudem dobiegła do zamku, nie
miała pojęcia. Możliwe, że liczne zakonne ćwiczenia wyrobiły ją kondycyjnie na
tyle, by była w stanie o dowolnej porze dnia i nocy odbyć ćwierć-maraton
sprintem. W końcu jednak hogwarckie drzwi objawiły się jej jak brama do
niebios, przez którą wpadła równocześnie z czterema krzepkimi mężczyznami o po
stokroć lepszych predyspozycjach do długodystansowych biegów niż ona. Merlinie,
musiała naprawdę ich lubić, że się na to zgodziła.
— Dumbledore! — zawołał Syriusz z
ulgą, gdy już przecięli ostatnią prostą przez korytarz, pognali na drugie
piętro i przedarłszy się przez gargulec, wdrapali się po schodach do gabinetu
dyrektora.
— Dobry wieczór, Syriuszu —
przywitał się uprzejmie Albus, kierując na niego zaciekawione spojrzenie.
Dumbledore siedział w fotelu przed
biurkiem i spokojnie wertował wysłużoną książkę z okładką z czarnym kotem o
piaskowych ślepiach i wysuwającym się z pyska, wężowym językiem*. Na widok
pąsowego z wysiłku Blacka nawet nie mrugnął. Jedynie przełożył kartkę i odłożył
książkę na bok.
— O, i Amelia — dodał, kiedy już
ostatkiem sił przekroczyła próg gabinetu. — O, i jeszcze Remus, Peter, James.
Usiądźcie, proszę.
Zanim ktokolwiek zdążył odzyskać
oddech, różdżka Albusa świsnęła w powietrzu. Po chwili za ich plecami
zmaterializowało się pięć prostych, drewnianych krzeseł.
James jako pierwszy przywołał się do
porządku, wobec czego to na niego spadł obowiązek rozpoczęcia opowieści. Zaraz
po nim reszta Huncwotów dołączyła się do uzupełnienia historii o brakujące
elementy. Dumbledore wysłuchał uważnie całego zeznania z ataku śmierciożerców
na wieś Little Norton. Następnie ze spokojem przyjął ministerialne informacje
od Amelii, aż w końcu pokiwał głową z uprzejmą powagą wobec hipotetycznych
gdybań Syriusza na temat jego rychłej śmierci w Azkabanie.
— Departament Przestrzegania Prawa
na pewno wyśle do ciebie list o stawienie się na przesłuchanie w Wizengamocie —
rzekł Albus do Syriusza, gdy zawisłe między nimi napięcie stało się nie do
zniesienia. — O ile już tego nie zrobił.
— Wspaniale. List powędruje do
mojego domu, a Walburga oszaleje z radości na wieść, że jej syn nawrócił się i
służy Voldemortowi — prychnął, omal nie wywróciwszy oczami.
— Zawsze są jakieś plusy. — Albus
posłał mu współczujące spojrzenie. — Oczywiście, nie możesz stawić się na tym
przesłuchaniu. Kiedy dokładnie zwolniłeś się z Banku Gringotta?
Z
Banku Gringotta?
Zaskoczenie uderzyło w Amelię na
tyle spektakularnie, że na moment otworzyła bezgłośnie usta i zamrugała
arytmicznie powiekami. W życiu nie pomyślałaby, że Syriusz Black mógłby
pracować według nudnego, urzędniczego schematu. Mając przed oczami jego
standardowy wygląd — założony na lewą stronę podkoszulek, przetarte dżinsy i
skórzaną, motocyklową kurtkę, której suwaki brzęczały przy każdym poczynionym
naprzód kroku — a także znając jego żywiołową naturę oraz burzliwy temperament,
wydawało jej się to wręcz absurdalne i groteskowe. I jakby tego było mało,
posada w Banku Gringotta równała się pracy z małymi, złośliwymi goblinami,
których niechęć do czarodziejów wpisywała się już w ramy ich charakteru.
Syriusz zdecydowanie nie wyglądał na cierpliwą osobę, tym bardziej nie ułożoną,
dlaczego więc zapragnął zostać bankierem?
— Tak jak mnie prosiłeś, miesiąc
temu się zwolniłem. — Głos Blacka wyrwał Amelię z nieprzeciętnie długiej
dywagacji nad jego osobą. — Powiedziałem goblinom, że wyjeżdżam do Albanii.
— Świetnie, taką wersję będziemy
utrzymywać — ucieszył się Dumbledore. — Gdzie aktualnie mieszkasz, Syriuszu?
— Wynajmuję mugolskie mieszkanie w
Londynie.
— Czy ktoś z twojej rodziny wie,
gdzie przebywasz?
— Wydaje mi się, że... O Merlinie...
— Syriusz jęknął, przejeżdżając dłońmi po czarnych, sięgających uszu pasemkach włosów.
— Gringott wie. Nie chciałem podawać w umowie adresu domowego mojej matki.
— Nic się nie martw, zawsze możesz
zamieszkać u mnie — wtrącił się James. — Mama będzie zachwycona.
— Twój dom nie będzie bezpiecznym
dla Syriusza miejscem — zaprotestował Dumbledore z nieudolnie skrywaną,
ucieszoną iskrą mającą odbicie wyłącznie w jasnoniebieskich oczach. — Ani
żadnego z was. Amelio, czy byłabyś skłonna zgodzić się przyjąć Syriusza pod
swój dach?
O
losie, dlaczego akurat ja?,
przemknęło przez myśl biednej Amelii.
Ona i Syriusz Black w jednym
mieszkaniu. W szkole dobrze dogadywała się z Huncwotami. Uwielbiała Jamesa i
Remusa, Peter był wobec niej przemiły, ale Syriusz... To inny rodzaj magii.
Zawsze taktowny i na swój sposób uprzejmy, ale też od pewnego czasu zdystansowany
wobec niej, choć niemal niezauważalnie. I w dodatku Amelia nie czuła się przy
nim swobodnie, zwłaszcza po wydarzeniach z piątego roku, kiedy chwilowo
zawiązali nić porozumienia przed SUM-ami z zaklęć.
Spojrzawszy na nią badawczo,
Dumbledore przechylił głowę w geście cierpliwie oczekującym na jej odpowiedź.
Amelia natychmiast zreflektowała się pod jego spojrzeniem. Wyprostowała się na
krześle i otrzepała z niewidzialnego pyłu, próbując ukryć zakłopotanie, gdy
uświadomiła sobie, że przez dłuższą chwilę jej mina wyrażała głęboką
dezaprobatę wobec tego szalonego pomysłu.
— Tak, nie ma najmniejszego problemu
— skłamała gładko. Nie chciała stwarzać dodatkowych problemów Albusowi, zresztą
ufała mu. Jeśli Dumbledore poprosił o przysługę akurat ją, to bez cienia
wątpliwości oznaczało, że naprawdę uważał, że jej mieszkanie będzie odpowiednim
dla Syriusza miejscem.
Jeszcze przez krótki moment liczyła,
że Black zaproponuje coś alternatywnego, wyswobadzając ją z tego obowiązku. Nic
takiego się jednak nie stało. Tym razem milczał jak zaklęty z nieodgadnionym
wyrazem twarzy.
— Bardzo ci dziękuję, Amelio —
odpowiedział z nieco zbyt wesołym jak na wiecznie stoickiego Dumbledore'a
uśmiechem. — A dla ciebie, Syriuszu, mam różdżkę.
Dyrektor podał mu do ręki wyciągniętą
z szuflady różdżkę, a Syriusz bezrefleksyjnie wycelował jej koniec w leżącą na
biurku książkę. Różdżka posłuchała go. Kot na okładce zmienił się w skudlonego,
czarnego sierściucha o ładnych, szarych oczach, które wywołały w Amelii dziwne
skojarzenie z kimś, kogo mogłaby znać osobiście.
— Uważaj na nią, to moja ostatnia
nierejestrowana różdżka — ostrzegł go Dumbledore. — Na kolejną akcję Zakonu
musisz zmienić swój wygląd, najlepiej za pomocą eliksiru wielosokowego.
— Czyli nie będę uziemiony w
czterech ścianach? — Oczy Syriusza błysnęły desperacką nadzieją. Amelia mogłaby
przysiąc, że Black wybrałby najgorsze tortury świata, jeśli byłaby to jedyna
rzecz, która sprawiłaby, iż nie musi siedzieć w jednym miejscu.
— A miałbym uziemić tak zdolnego
czarodzieja?
*Trzymana przez Dumbledore'a książka
to klasyka literatury rosyjskiego pisarza Michaiła Bułhakowa o tytule Mistrz i Małgorzata. Opis okładki był
inspirowany jednym z anglojęzycznych wydań tej powieści.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz